Jestes tutaj:   Strona główna arrow Bibliografie arrow Zrozumieć Zedmarczyków  łowców z Mazur
Kacik Szajmona
Nowości wydawnicze
Dotacja Pradzieje.pl

Jeśli podobają Ci się PRADZIEJE.PL i doceniasz to co robimy, wesprzyj nas. Utrzymanie serwera kosztuje dziś naprawdę wiele. Liczy się dla nas każda złotówka.

Dofinansowanie
Jednorazowo Miesicznie

Waluta

Kwota

Waluta

Kwota

Odwiedza nas $guest_array goci





Przypomnij mi haso
Nie masz konta? Za sobie
Zrozumieć Zedmarczyków  łowców z Mazur Drukuj E-mail
Adam Lisiecki - Newsweek nr 20/2008   
W zaciszu gabinetu archeolog ogląda zabytki. Czegoś szuka w jednym z pudełek. – O, jest – wykrzykuje, trzymając w ręku kawałek ostrego jak brzytwa krzemienia. To grocik strzały – pięknie wyretuszowana 4-centymetrowa zabójcza broń. – Zapewne tylko dzięki takim narzędziom, 6 tysięcy lat temu ludzie potrafili sprostać spartańskim warunkom? – pytam dra Witolda Gumińskiego. – Spartańskim, w naszym mniemaniu, dla nich to była zwyczajność – poprawia mnie naukowiec nie odrywając wzroku od grocika. Dr Gumiński z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego i Instytutu Archeologii i Etnologii PAN całe naukowe życie poświęcił tajemniczemu ludowi – Zedmarczykom (nazwa pochodzi od stanowiska Zedmar na Królewszczyźnie). Właściwie stworzył tę opowieść, badając przez wiele lat dwa stanowiska archeologiczne położone niedaleko Giżycka – Dudkę i Szczepanki. Dziś są to słabo zaznaczające się pagórki na płaskim jak stół torfowisku porośniętym jak okiem sięgnąć wysoką trawą. Kilka tysięcy lat temu były to wyspy na wielkim jeziorze, którego wielkość można porównać do Niegocina. Obydwa stanowiska należą do tzw. torfowych, gdzie odkładający się torf zapieczętował zabytki w różnych warstwach. Te zabytki które są niżej są oczywiście starsze od znajdujących się wyżej. Dzięki temu można je z dużą precyzją wydatować.

Trzecia droga Zedmarczyków
To tu od 20 lat dr Gumiński wraz z współpracownikami centymetr po centymetrze przeczesuje ziemię, a właściwie ją przesiewa. Praca mozolnie posuwa się do przodu. Gdy niedawno odwiedziłem ekspedycję archeologiczną w Szczepankach, studenci pracujący w wykopach wyglądali jak kominiarze. Ale z umorusanych na czarno twarzy wyłaniał się wzrok zdradzający zadowolenie. – Nie trudno tu o wspaniałe odkrycia. Co prawda nie są to grobowce faraonów, ale zabytki równie unikalne i fascynujące – powiedział wówczas jeden z nich, pokazując misternie wykonany kościany haczyk na ryby. Wyglądał jak współczesny, choć wykonany był z kości.
Kim byli Zedmarczycy? Najprościej mówiąc był to lud żyjący 7-5 tysięcy lat temu na pograniczu dwóch wielkich światów: między rolnikami a myśliwymi, między nowoczesnym południem i zachodem kontynentu a tradycyjnym wschodem i północą. Wówczas na tereny dzisiejszej Polski wkraczało rolnictwo wraz z całą gamą technicznych wynalazków, z których najważniejszym była ceramika. Cóż mieli zrobić ludzie żyjący do tej pory? Albo zmienić wielotysiącletnią tradycję i stanąć do wyścigu w produkcji żywności i innych nowoczesnych dóbr, albo nadal żyć po staremu z łowiectwa i zbieractwa. Zedmarczycy wybrali wariant pośredni.
- Proszę spojrzeć – dr Gumiński pokazuje mi gliniane naczynie – dno tego garnka jest płaskie, a ornament bardzo skromny. Zupełne przeciwieństwo w wyglądzie do naczyń ostrodennych wyrabianych w tym samym czasie na wschodzie, a wielkie podobieństwo do wyrobów z nowoczesnego zachodu, np. z Kujaw, które w tym czasie należały już do świata w pełni rolniczego, a nawet stanowiły jego awangardę w Europie. Zedmarczycy w ten sposób podkreślali swoją prozachodniość.
Zdaniem naukowca kolejnym dowodem na tęsknotę za wielkim światem była hodowla zwierząt: owiec/kóz (z odkrytych kości bardzo trudno jest odróżnić obydwa gatunki zwierząt) i świni. Myśliwski tryb życia, jaki prowadził ten tajemniczy lud, każe się zastanowić, na ile sensowne było trzymanie takich zwierząt. – To trudne, ale na ten fakt musimy spojrzeć oczami Zedmarczyków – zwraca uwagę doktor. – Hodowla była tylko dodatkiem, ale jakże istotnym, bo niezwykłym. To było coś w rodzaju mody, pokazania sobie i innym, że są nowocześni, „zachodni”. Może jest to na wyrost, ale kulturę tę porównałbym do Polski – dodaje. – A to dlatego, że jesteśmy jednym z najbardziej na wschód położonych krajów europejskich i paradoksalnie najbardziej proamerykańskim.
Tysiące lat temu Zedmarczycy i ich mezolityczni przodkowie byli związani kulturowo z Europą północno-zachodnią i choć Mazury były najdalej na północny-wschód wysuniętą enklawą o tej tradycji, to dla podkreślenia odrębności od sąsiadów ze wschodu i północy – byli ortodoksyjnie prozachodni, co najlepiej uwidacznia się w ich sferze zachowań kulturowych – obrządku pogrzebowym, ozdobach, ornamentyce naczyń.

Cztery pory roku
Jak wyglądał dzień powszedni zmagań łowców epoki kamienia z przyrodą, co pozwalało im przeżyć z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z roku na rok? Czy była to nieustanna walka? Raczej nie. Z badań wynika, że życie Zedmarczyków to ciągła współpraca z przyrodą, idealne dopasowanie się do cyklu czterech pór roku.
Archeolog wyciąga na swoje biurko jedno z wielu pudeł zawierających szczątki zwierzęce. – Jest ich wyjątkowo dużo, jak na stanowisko z epoki kamienia, a to właśnie dzięki konserwującym właściwościom torfu – wyjaśnia. Przeważają w nich drobne kości – zwykłe odpadki pokonsumpcyjne, ale są też unikatowe wytwory, przedniej roboty narzędzia i broń z kości długich i poroża jelenia, albo noże z szabli dzika. – To był wzajemnie przenikający się świat przyrody i kultu. Bez przesady porównałbym go do obrazu XIX-wiecznej wsi z „Chłopów” Reymonta. Cykl czterech pór roku, czas siania i zbierania, tysiące lat temu był analogicznym cyklem, ale łowiectwa i zbieractwa. Sukces zależał od odpowiedniego dostosowania miejsca i czasu łowów na dany rodzaj zwierzyny – mówi dr Gumiński, i dodaje – można powiedzieć, że strategią przeżycia i to w całkiem dobrej kondycji było harmonijne podporządkowanie się naturze i umiejętne korzystanie z jej darów.
Najtrudniej było wiosną. Zwierzyna kopytna, będąca podstawą wyżywienia, jest wówczas rozproszona, pochowana i trudna do upolowania. To także jeszcze za wcześnie na bogactwa roślinne. Skończyły się też zimowe zapasy. – Ale z pewnością Zedmarczycy w tym czasie nie głodowali – uspokaja doktor. – Wystarczy sięgnąć po ryby, które były na wyciągnięcie ręki i to niemal w dosłownym tego słowa znaczeniu. Na wiosnę łatwe do schwytania, gdyż wiele gatunków odbywa o tej porze roku tarło i to w dodatku przy samym brzegu zarośniętych i płytkich wód, a takie właśnie występowały wokół badanych wysp w epoce kamienia. Dr Gumiński podkreśla, że Zedmarczycy byli dużo sprawniejszymi rybakami niż współcześni zawodowcy i najlepsi wędkarze. Udowodniły to drobiazgowe badania kości ryb. Przy ogniskach wędzono i pieczono prawdziwe rarytasy i taaakie ryby – powszechnością były u nich blisko metrowej długości szczupaki i sumy, a z ryb karpiowatych wyławiali głównie i dziś bardzo cenionego lina.
W lecie rybołówstwo schodziło na plan dalszy, a podstawą wyżywienia stawało się wówczas  zbieractwo grzybów, jagód i innych owoców oraz najróżniejszych jadalnych roślin, które pozwalały uzupełnić brakujące organizmowi witaminy. W lecie nie rezygnowano co prawda z mięsnej diety, ale o tej porze roku małe rodziny żyły w rozproszeniu i łowiły głównie drobną zwierzynę, np. żółwie, a ze zwierzyny kopytnej – sarny. Upolowanie i przytarganie do obozu sarny nie stanowiło dużego problemu nawet dla pojedynczego łowcy. Natomiast na takie giganty jak łoś czy tur polowano w zimnej połowie roku – od jesieni do wiosny, kiedy wspólnie obozowało kilka rodzin. Wtedy grupa łowców mogła nie tylko upolować tak wielkie (i niebezpieczne) zwierzę, ale musiała ściągnąć do obozu pół tony mięsa.
Przełom lata i jesieni to kolejna zmiana zajęć w cyklu rocznym. Był to główny okres polowań na ptaki. – Wówczas skupiają się one w wielkie stada przed odlotem na zimowiska i stają się łatwym łupem  – mówi dr Gumiński. W dodatku przeważają wśród nich ptaki młodociane, niedoświadczone, które stanowią doskonały cel. Istotniejsze znaczenie gospodarcze miało jednak zbieranie orzechów laskowych. Są one nie tylko smaczne, ale przede wszystkim bardzo pożywne, wysokokaloryczne, a co nie mniej ważne – łatwe do zbierania i przechowywania. Mezolityczni łowcy przywiązywali wielką wagę do tego pożywienia roślinnego, można by powiedzieć, że prowadzili plantacje leszczyny. – Plantacje w mezolicie? – pytam z niedowierzaniem. – Przecież to dopiero neolit przyniósł do Europy uprawę roślin z Bliskiego Wschodu ok. 5,5 tys. lat p.n.e. – Tak to prawda, ale w stosunku do zbóż i roślin strączkowych – wyjaśnia dr Gumiński.
Leszczyna była jednym z pierwszych drzew, które pojawiły się na początku holocenu w północnej części Europy środkowej. Mezolityczni łowcy szybko spostrzegli, że obficie owocuje, ale nie w lesie, lecz na jego skraju i to od południowej strony. W takich miejscach zaczęto ją intensywnie eksploatować, tak jak robią to dzisiejsi plantatorzy – precyzyjnie wycinano i wypalano sąsiednie drzewa i krzewy innych gatunków, aby dać leszczynie jak najwięcej światła. Co ciekawe, jak chwasty traktowano nawet inne drzewa i krzewy o jadalnych owocach, poświęcając je na równi z innymi gatunkami, byleby uzyskać jak najwyższe plony orzechów. Na wielkich żniwach się nie kończyło, bo łowcy środkowej epoki kamienia przystępowali od razu do masowej obróbki orzechów, które znacznie lepiej zachowują się po wyprażeniu. – W Dudce odkryliśmy tysiące nadpalonych łupin po orzechach laskowych. Wyprażanie w ogniu świeżych orzechów zapobiegało przed pleśnią i gniciem, a musiały one starczyć jako rezerwa żywności do końca wiosny. Nadto wyprażanie powodowało samoczynne pękanie skorup – był to więc jednocześnie automatyczny dziadek do orzechów. Łowcy z epoki kamienia wykazali się  przenikliwością i inteligencją… i proszę sobie wyobrazić, że działo się to 3 tys. lat przed wprowadzeniem właściwego rolnictwa w Europie środkowej.
Późną jesienią podstawą wyżywienia była wieprzowina i to zarówno pochodząca z polowań na dziki, jak i z uboju świń, których prymitywny chów zaczął się już pod koniec mezolitu. I tu znów łowcy postępują jak wytrawni hodowcy – oszczędzają najbardziej płodne stare lochy (samice), a zabijają półroczne warchlaki lub 1,5-roczne przelatki (dziki w drugim roku życia), które pod koniec jesieni ważą najwięcej, są najbardziej tłuste, a o tej porze roku zapotrzebowanie na tłuste mięso jest szczególnie duże. Ponadto zimą natura i tak je by zdziesiątkowała, więc ich wybicie nie pomniejszało stanu pogłowia dzików i świń. Dlatego właśnie wśród kości dzików i świń wyraźnie przeważają osobniki młodociane, niedojrzałe do rozrodu.
A zimą…? – pytam dalej zaciekawiony – było chyba najgorzej? Wcale nie! – zdecydowanie zaprzecza archeolog. Okazuje się, że zimą polowanie jest dużo łatwiejsze z kilku względów. Zwierzęta kopytne grupują się w większe stada, brak liści zwiększa widoczność w lesie, a na śniegu doskonale widać tropy – wystarczy iść za nimi jak po nitce do kłębka. Dlatego praktycznie tylko zimą polowano na zwierzęta futerkowe – dużo mniejsze i rzadsze niż zwierzyna kopytna, stąd trudniejsza do upolowania. Ale polowania na bobry, wydry, kuny, tchórze, norki, żbiki, czy lisy były koniecznością, bo Zedmarczycy nie znali przędzalnictwa i tkactwa. Praktycznie przez cały dzień przebywali pod gołym niebem i tylko noc spędzali w szałasach lub namiotach. Dobre futra były zatem nie mniej ważne od jedzenia. Stąd na zwierzęta futerkowe polowano właściwie tylko zimą, bo tylko wtedy ich futra są najwyższej jakości. Zresztą poza bobrem, większość pozostałych zwierząt futerkowych prawie w ogóle nie była jadana. Jest to kolejny dowód na to, że łowcy epoki kamienia nie głodowali nawet zimą, bo w desperacji niewątpliwie próbowaliby zjeść chyba nawet tchórza – dodaje dr wykrzywiając w niesmaku minę i wskazując jednocześnie na nos. A jego kości mają tylko ślady nacięć charakterystyczne dla ściągania futra, i nie mają nadpaleń jak kości gatunków konsumowanych nie znaleziono.
Zedmarczykom żyło się więc całkiem dostatnio. – Co więcej, prowadzili oni bardzo ustabilizowany tryb życia. Wbrew dotychczasowym poglądom sadzę, że łowcy mezolityczni wcale nie byli koczownikami tułającymi się po bezkresnych lasach, lecz stale zamieszkiwali i eksploatowali niewielkie, ale co ważne, to samo terytorium, jeden rewir łowiecki wokół danego jeziora. Na jednej jego wyspie, w Dudce, siedzieli przede wszystkim wiosną, i wtedy zajmowali się rybołówstwem, a potem jeszcze na przełomie lata i jesieni powracali tu na orzechowe żniwa. W Szczepankach zaś przebywano głównie jesienią i częściowo zimą i dlatego tam jest znacznie więcej kości ptaków, dzika/świni oraz zwierzyny futerkowej. Środek lata i zimy łowcy spędzali prawdopodobnie gdzieś na stałym lądzie, ale prawdopodobnie w bezpośrednim sąsiedztwie tego samego jeziora. Odkrycie takiego stanowiska nad badanym jeziorem jest tylko kwestią czasu – z rozrzewnieniem dodaje.

Żbik przynosi pecha
Czy z równie dużą dokładnością jak gospodarczo-osadniczą stronę życia prehistorycznych łowców z Mazur można rekonstruować przejawy życia społecznego, czy duchowego lub religijnego kopalnych społeczeństw, po których wszelki ślad zaginął, zanim pojawiło się pierwsze pismo w krajach Basenu Morza Śródziemnego?
Jak najbardziej! I to nie tylko odkopując groby, albo świątynie (jak to jest na Bliskim Wschodzie), ale wiele ciekawych danych na temat zwyczajów i rytuałów można uzyskać z badań najzwyklejszych wydawałoby się kości zwierzęcych. Na przykład w Europie Zachodniej aż do rzeki Odry intensywnie polowano w tamtych czasach na łabędzie i bociany, natomiast na wschód od tej rzeki szczątki tych ptaków są nadzwyczaj rzadkie. Potwierdzeniem, że występowały one również w Europie wschodniej są spotykane niekiedy tylko specjalne wytwory z ich kości, niejednokrotnie dodatkowo zdobione lub składane do grobów ptaki w charakterze ofiary dla zmarłego i to z reguły bogato wyposażonego w inne dary. – Najwyraźniej zatem ptaki te miały status „nietykalnych” i wolno je było upolować tylko w szczególnych okolicznościach. Zresztą do dziś łabędź i bocian cieszą się w naszej części kontynentu specjalnymi względami – mówi dr Gumiński.
Badania potwierdzają, że Zedmarczycy nie łowili także węgorzy. Nie robili tego, bo łatwo można skojarzyć tę rybę z wężem. Na północny wschód od Niemna, czyli w Europie północno-wschodniej węże darzone były niewątpliwie jakimś rodzajem osobliwego kultu, skoro na tamtejszych stanowiskach z epoki kamienia spotyka się figurki węży. Warto dodać, że węże były nietykalne w większości krajów Europy – kompletnie brak ich kości na stanowiskach łowieckich. Co ciekawe, w Krajach Nadbałtyckich spotykane są też figurki łabędzi, z których niektóre mają wężową szyję – zaznaczoną poprzez zwielokrotnioną esowatość.
Wśród odkrytych tysięcy kości nie ma także szczątków łasicy ani gronostaja – małych drapieżników powszechnie występujących w Europie. Na zimę, gdy poluje się na zwierzęta futerkowe, ich sierść przybierała kolor biały, co prawdopodobnie było „barwą ochronną”. Nie chodziło tu jednak o doskonały kamuflaż na tle śniegu. Znacznie skuteczniejszą barierą powstrzymującą łowców przed ich upolowaniem było jakieś tabu honorowane społecznie lub religijnie: na białe zwierzęta się nie polowało. – Warto może skojarzyć, co do dnia dzisiejszego oznacza biała flaga na wojnie – z tajemniczym uśmiechem kwituje ten wątek archeolog. I po chwili dodaje: – Nie tłumaczmy jednak wszystkiego względami religijnymi czy kultowymi. W wielu rejonach nie polowano też na żbika, ale chyba nie dlatego, że był „święty”. Jeśli dziś samo przebiegnięcie (czarnego)  kota przynosi pecha, to czyż w epoce kamienia upolowanie (dzikiego) kota nie przynosiło również pecha? Z pewnością też – z uśmiechem dodaje doktor. – A jeśli pech dotyczył polowania, od którego zależało przecież życie łowcy i jego rodziny, to któż by zaryzykował?
Ale są też odwrotne przykłady.  Zedmarczycy dość rzadko polowali na ptaki, ale dość często wybierali sowy, co wydaje się absurdalne. Mają one przecież wyjątkowo niesmaczne mięso, a ich pióra nie nadają się na lotki do strzał, bo są bardzo miękkie, dlaczego więc na nie polowali? – Przypuszczam, że podłoże tkwi również w sferze duchowej ludzi z epoki kamienia. Sowy, a zwłaszcza uszate, mają bardzo ludzką fizjonomię głowy. To prawdopodobnie mocno oddziaływało na wyobraźnię Zedmarczyków, a ponieważ kości sów spotyka się w grobach – to prawdopodobnie łowiono je faktycznie dla jakichś celów kultowych – wyjaśnia naukowiec.

Zmarły leży piętro niżej
Badacze Dudki i Szczepanek nie natrafili do tej pory na ślady konstrukcji mieszkalnych. Można więc przypuszczać, że takie obozowisko składało się z lekkich szałasów, prawdopodobnie obłożonych skórą. Zedmarczykom prawdopodobnie nie opłacało się budować trwalszych konstrukcji, bo tryb życia wymagał od nich postawy mobilnej – wciąż gdzieś się wybierali, tropili, łowili, zbierali.
Wiadomo z pewnością, że zamieszkiwali południowo-wschodni brzeg wysp. Taka lokalizacja zapewniała im dobre dzienne światło i odpowiednie nasłonecznienie, co było istotne przy wiosennych i jesiennych chłodach. Ponadto bariera lasu, jaka zostawała za plecami, chroniła ich od wiatrów przede wszystkim północno-zachodnich, które przeważają w tej okolicy. Wybór takiego miejsca świadczy o ich doskonałym wkomponowaniu się w otaczające środowisko i  przemyślane działania dla najlepszego wykorzystania lokalnych uwarunkowań. Dlatego obozowiska rozbijali stale w tych samych miejscach nieprzerwanie przez tysiące lat, od późnego paleolitu do końca neolitu.
Tu także postanowili chować swoich zmarłych do ziemi. Można powiedzieć, że dosłownie żyli nad grobami. – Wiemy, że były co najmniej dwie nekropolie, w Dudce oraz ostatnio odkryta w Szczepankach. Dwa cmentarzyska to prawdopodobieństwo dwóch osobnych klanów które tam funkcjonowały. A co za tym idzie dwóch rewirów łowieckich. Cmentarze także odgrywały ważną rolę – stanowiły dla myśliwych miejsce, do którego należało wracać. Było to miejsce uświęcone grobami ich przodków, ich dom, ich ojcowizna – wyjaśnia archeolog.
Dojście do powyższych wniosków zajęło doktorowi Gumińskiemu kilkanaście lat żmudnych badań. Choć obraz życia Zedmarczyków wydaje się z grubsza odkryty i poznany, wiele jeszcze zagadek nurtuje naukowca. Różnica między klasycznymi badaniami archeologicznymi, a tym, czym zajmuje się doktor jest duża: archeolodzy wydobywają liczne zabytki, ale najwięcej uwagi poświęcają wytworom, zwłaszcza efektownym, które skrupulatnie opisują, szukają dla nich analogii. Na tej podstawie je datują i odtwarzają związki kulturowe. W badaniach łowców epoki kamienia na Mazurach dr Gumiński skoncentrował się na odtworzeniu środowiska naturalnego i gospodarki Zedmarczyków. Było to możliwe dzięki temu, że na badanych stanowiskach w Dudce i Szczepankach zachowały się liczne szczątki roślinne i zwierzęce, które można było poddać najróżniejszym specjalistycznym analizom przyrodniczym: archeozoologicznym, antropologicznym, paleobotanicznym, geologicznym, a nawet fizyko-chemicznym.
- Czy nie marzy się Panu odkrycie jakiegoś wspaniałego grobowca bogato wyposażonego w jakieś niezwykle cenne przedmioty i ozdoby, załóżmy ze złota? - Nie wszystko złoto, co się świeci – ripostuje mi w ostrych słowach naukowiec. – My groby też odkrywamy i zapewniam pana, że są one prawdziwymi unikatami na skalę europejską. Powiem tylko tyle, że najcenniejsze były groby psów, ale nie dlatego, że zawierały jakieś szczególnie cenne złote ozdoby. Ich wartość wynika z unikalności tego typu znalezisk i możliwości interpretacyjnych. Potencjał badawczy kryjący się za takimi odkryciami jest większym skarbem niż błyskotka za szybą gabloty muzealnej, o której z reguły niewiele możemy powiedzieć – poza tym że „stara, ładna i ze złota”.

Artykuł pochodzi z Newsweek nr 20/2008. www.newsweek.pl


 
Aktualny PageRank strony pradzieje.pl dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO