|
|
 |
|
Rzeźnia mamutów w Krakowie |
|
|
Dwa kilometry od Wawelu, nieopodal kopca Kościuszki, poćwiartowano
dawno temu dziesiątki mamutów. To jedno z największych w świecie
cmentarzysk tych olbrzymich zwierząt. Zagadkę ich śmierci próbują
wyjaśnić w swej najnowszej pracy polscy naukowcy
Do tej pory znaleźli pod grubą warstwą ziemi przy ulicy Spadzistej na
wzgórzu św. Bronisławy pozostałości 86 mamutów z ostatniej epoki
lodowej. Zostały poćwiartowane i oprawione, oskrobane z mięsa do gołej
kości. Szczątki są wciąż analizowane, więc liczba zwierząt, które
pożarli nasi przodkowie z górnego paleolitu, może się jeszcze
powiększyć. Do tej pory przez ręce paleontologów przeszło ok. 9 tys.
fragmentów kości i zębów. 5860 rozpoznano jako mamucie, tylko 15
należało do innych zwierząt (m.in. do lisa polarnego, niedźwiedzia,
wilka, nosorożca włochatego i konia).
Kości zaczęły mówić
Pierwsza
hipoteza brzmiała: kości służyły paleolitycznym wędrowcom do budowy
chat na skraju urwiska opadającego ku dolinie Rudawy, z którego mieli
doskonały widok na okolicę. Jednak im dłużej kopano, tym trudniej było
uwierzyć w tę wersję. - Trafiliśmy na ogromne ilości niewielkich kości,
z których przecież nie da się sklecić żadnego szałasu - opowiada dr
Piotr Wojtal z Instytutu Systematyki i Ewolucji Zwierząt PAN w
Krakowie, który od kilkunastu lat próbuje wyjaśnić zagadkę masowej
śmierci mamutów. Wspomaga go dr hab. Krzysztof Sobczyk, archeolog z
Uniwersytetu Jagiellońskiego, który badania w tym miejscu zaczął
jeszcze w latach 80.
Co równie ważne, wśród kości leżały
porzucone krzemienne narzędzia. Było ich mnóstwo, łącznie ponad 500 na
stanowisku, które miało 150 m kw. powierzchni. Dużą grupę stanowiły
rozmaite rylce, tylczaki, drapacze i noże - wszystkie mogły służyć do
ćwiartowania, zeskrobywania i filetowania mięsa. Uzupełnieniem tego
rzeźnickiego arsenału są liczne tzw. ostrza z zadziorem, czyli groty
dzirytów lub krótkich oszczepów miotanych zapewne w kierunku mamutów.
Te
i inne poszlaki sprawiły, że obaj badacze zdecydowali się podważyć
starą hipotezę i zaproponować nową. Główne argumenty na jej poparcie
zebrali w artykule, który niedługo ukaże się w "Journal of
Archeological Science".
Jak ginęły te włochate olbrzymy?
-
Tych kości nikt tu nie przyniósł, by budować z nich chaty - twierdzi
Sobczyk. - To są resztki mamutów, które zginęły w tym miejscu i zostały
poćwiartowane przez paleolitycznych rzeźników. Kilkadziesiąt metrów
stąd znajdował się warsztat, w którym z lokalnego krzemienia
produkowane były narzędzia do obróbki mięsa. Gdzieś niedaleko musiało
się też znajdować obozowisko z paleniskami i szałasami, ale na jego
ślady jeszcze nie natrafiliśmy.
Wciąż jednak nie jest jasne, jak
ginęły mamuty. Czy były zabijane przez łowców, czy też ludzie czekali,
aż zwierzęta umrą i dopiero wtedy dobierali im się do skóry? Badacze
sądzą, że mogło być i tak, i tak.
- Mamuty często odwiedzały
to miejsce, miażdżyły kości wcześniej zmarłych poprzedników. Zachowały
się ślady tego miażdżenia. Wśród padłych tu zwierząt dużo jest młodych
osobników. Może więc przychodziły całe stada liczące pięć-dziesięć
sztuk? Dlaczego nagle ginęły? Albo były zabijane przez ludzi, którzy je
tropili, albo też umierały z osłabienia. Ich zęby miały zniszczony
cement. Może klimat zmienił się na gorszy i na mamucim stepie zaczęło
brakować pokarmu? - mówi Sobczyk.
Wojtal potwierdza, że stado
mamutów mogło tu paść raz czy drugi w sposób naturalny, ale jego
zdaniem bardziej prawdopodobne jest to, że ludzie, którzy znaleźli tu
zdechłe zwierzęta, uznali, że jest to dobre miejsce na zasadzki. - W
ten sposób mogli polować przez wiele następnych dekad. Nie wiemy, jak
przebiegały takie łowy. Według mnie na skraj wzgórza zapędzano
pojedyncze osłabione osobniki, tam odcinano im drogę ucieczki,
zabijano, a następnie przystępowano do ćwiartowania. Resztkami
pożywiały się drapieżniki - wilki, hieny jaskiniowe. Ślady ich zębów
zachowały się na wielu kościach.
Na południu rzeźnia, na północy lodowiec
-
To najbogatsze w Polsce i jedno z największych na świecie stanowisk
mamutów. Są tu wszystkie ich kości, także te bardzo małe i kruche,
które zachowują się bardzo rzadko. Jedna z samic, które tu zakończyły
życie, musiała być w ciąży, bo znaleźliśmy też kości należące do płodu
- mówi Wojtal. Analiza kości nie jest łatwa, bo choć jest ich bez liku,
to są pogruchotane i przemieszane. Niestety, do tej pory nie wykopano
ani jednego większego kawałka szkieletu lub czaszki. Doliczono się za
to 338 mamucich zębów.
Stanowisko przy ulicy Spadzistej jest
znane paleontologom i archeologom od ponad ćwierć wieku. Odkryto je
przypadkowo w 1967 r. w obrębie pozostałości dawnych austriackich
fortyfikacji, które powstały ponad doliną rzeczki Rudawy uchodzącej pół
kilometra dalej do Wisły. Wykopaliska ruszyły w 1968 r. pod kierunkiem
obecnych profesorów Janusza Kozłowskiego, archeologa z UJ, i Henryka
Kubiaka, paleontologa z PAN.
Datowania wykazały, że rzeźnia
działała 23-24 tys. lat temu, czyli w górnym paleolicie. W tym czasie
północna część Polski była przykryta przez lodowiec, zaś południową
porastała uboga arktyczna stepotundra. Było na niej jednak dość
jedzenia dla mamutów, reniferów i innych dużych roślinożerców.
Najgorsze mrozy miały nadejść dopiero za parę tysięcy lat wraz z
maksimum ostatniego zlodowacenia. |
|
|